Wpisy
Dzięki praktycznej poradzie użytkownika Thomas92 udało mi się uruchomić czat na stronie. Teraz czytelnicy bloga mogą śmiało ze sobą rozmawiać bez potrzeby wpisywania komentarzy pod moimi postami a nowi czytelnicy mogą się wpisywać bez potrzeby rejestracji. Zapraszam do zostawiania komenarzy w "shoutboxie" po prawej stronie.
Dzięki Thomas92!
Gwiazda Wimbledonu Jason Euell wraca po latach w szergi The Dons!!!!!!!! Został wypożyczony do 14 lutego z innego londyńskiego klubu Charlton. Ten zawodnik strzelił dla nas 47 goli, grał 6 sezonów. odszedł przed perypetiami z MK w 2001. Mam mieszane odczucia, co do weteranów, ale wierzę, że będzie gwiazdą, jak Franek dla Jagi...
Tak na wiadomość o powrocie Euella do Wimbledona zareagował w komentarzach do poprzedniego wpisu Doners... I szczerze pisząc, przeglądając statusy moich znajomych kibiców Wimbledonu na fejsbuku muszę przyznać, że podobne emocje udzielają się wszystkim którzy pamiętają czasy jego występów w Żółto-Niebieskich barwach.
Planując ten wpis chciałem zacząć od małego żarciku, że chodzi o Thierry'ego Henry'ego który przecież niedawno wrócił do Arsenalu, ale na szczęście mam czytelników którzy potrafią napisać mi lepszy wstęp (dzięki Doners!).
Euell jest wychowankiem Wimbledonu i występował w klubie od 1995 roku do 2001 roku gdy został wykupiony przez Charlton Athletic. Następnie występował w Middlesbrough, Southampton, Blackpool (gdzie dwa lata temu zaliczył nawet dwa występy w Premier League), Doncaster Rovers a ostatnio ponownie w Charlton skąd został wypożyczony do Wimbledonu.
Wydaje się, że mimo wieku jest to dobre posunięcie trenera Browna a Euell powinien pomóc będącemu w kryzysie zespołowi The Dons swoim ograniem i doświadczeniem. Osobiście stawiam symbolicznego piątaka że Euell strzeli już w sobotę na wyjeździe przeciw Port Vale.
Euell nie jest jedynym wzmocnieniem zespołu w tym okienku transferowym ale o pozostałych innym razem - może jutro. Na zakończenie najładniejszy gol jaki Euell strzelił dotychczas dla Wimbledonu.
Jak widzę po komentarzach w poprzednim wpisie nie będzie niespodzianką jak napiszę, że 2 stycznia Wimbledon na wyjeździe w Swindon przegrał 6 mecz z rzędu jednocześnie podnosząc niefortunną serię meczy bez zwycięstwa do 12... Początkowo chciałem jechac na ten mecz, jednak potem plany się zmieniły i zamiast tego poszedłem na spotkanie z Southend. Ci co pojechali oglądali jednak kompletną dominację rywala, który kilkukrotnie trafiał w słupek i poprzeczkę a przed stratą gola gości chronił świetnymi interwencjami Seb Brown.
Cierpliwość i konsekwencja gospodarzy zostały jednak nagrodzone i dzięki dwóm golom w drugiej połowie Swindon wygrali 2:0. Oto co po meczu do powiedzenia miał trener Brown:
"Swindon był dziś zespołem zdecydowanie lepszym i zwyciężył zupełnie zasłużenie. Przed meczem poprosiłem moich zawodników by wyszli i dali z siebie wszystko i muszę przyznać, że o zaangażowanie nie mam żadnych pretensji. Zawodnicy dali z sibei 100% jak zawsze ale prawda jest taka, że personalnie po prostu nie jesteśmy wystarczająco dobrzy. Teraz otwiera się okienko transferowe i na pewno przyda się trochę przewietrzyć skład. Pojawi się kilka nowych twarzy w zespole i mam nadzieje, że uda mi się ściągnąć co najmniej dwóch graczy z doświadczeniem w profesjonalnym futbolu. Nie potrzeba nam wymiany całych formacji ale tylko kilku ogniw. Niektórzy zawodnicy nie radzą sobie z presją tak dobrze jak inni i dlatego zależy mi na ściągnięciu ogranych zawodników."
"Dziś dałem szansę kilku zawodnikom, którzy dotychczas nie grali i mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że nikogo nie pominąłem. Fajnie byłoby grać zespołem który zapewnił klubowi awans do League Two jednak moim zadaniem jest utrzymanie zespołu w tej lidze i jasne jest, że do tego potrzebne są zmiany."
I faktycznie dziś na listę transferową wystawiono pięciu piłkarzy: Maxa Portera, Jamesa Mulley'a, Lee Minshulla, Ryana Jacksona oraz Charlie Ademeno. Co ciekawe żaden z tych piłkarzy nie jest obrońcą a to na tą formację najbardziej się ostatnio narzekało. Trener Brown widać lubi zaskakiwać ale teraz wszyscy kibice czekają na to kto wzmocni Żółto-Niebieską armię a walce o utrzymanie się w 4 lidze angielskiej. Wszystkim zawodnikom na liście transferowej oczywiście dziękujemy za dotychczasowe występy, zaangażowanie i gole w barwach Wimbledonu i życzymy powodzenia w nowych klubach!
I na koniec nagrane ukrytą kamerą pod stadionem Wimbledonu jak trener Terry Brown tłumaczy jednemu z wystawionych na listę transferową graczy powody tej decyzji:
Po dłuższej przerwie, w Sylwestra 2011 roku mogłem sobie w końcu pozwolić na wybranie się na mecz Wimbledonu. Biorąc pod uwagę ostatnie rezutaty zespołu- przed tym meczem w ostatnich 10 meczach mieliśmy 3 remisy i 6 porażek - oraz zaskakująco dobry sezon rywali, którzy do niedawna liderowali tabeli a teraz są na trzeciej pozycji nadal są jednym z głównych kandydatów do awansu, nie spodziewałem się wiele. Ot, chciałem pożegnać wyjątkowo dobry dla klubu rok 2011 (nie zapomnijmy mimo ostatnich rezultatów, że to w tym roku Wimbledon awansował do 4 ligi), poczuć to co najbardziej lubię - stadionową atmosferę i spotkać się z kumplami których mam okazję widywać tylko przy okazji meczy.
Początek meczu dał jednak nadzieje, że wydarzenia na boisku mogły być równie dobrym powodem pojawienia się wczoraj na stadionie. Co prawda w 3 minucie sędzia podyktował karnego dla rywali, jednak strzał rywala z jedenastu metrów został w świetnym stylu wybroniony przez bramkarza Wimbledonu Seba Browna. Co do samego karnego to zdania na temat słuszności wydawały się podzielone. Ja stałem za bramką przy której działa się cała akcja i wydawało mi się, że Sam Hatton wślizgiem faktycznie sfaulował rywala. Kolega który oglądał ze mną mecz twierdził, że faulu absolutnie nie było i że sędzia popełnił błąd, natomiast inny znajomy spotkany w przerwie meczu w kolejce do toalety i oglądający mecz z trybuny siedzącej usytuwanej wzdłuż boiska twierdził, że faul owszem był, ale przed polem karnym. Jak jednak napisałem cała dyskusja jest czysto akademicka, gdyż karny został obroniony a jakieś 7 minut potem po precyzyjnym, płaskim strzale najlepszego zawodnika w żółto-niebieskich barwach, Jacka Midsona, Wimbledon zdobył prowadzenie.
Gol ten dodał gospodarzom trochę pewności siebie i przez następne kilkanaście minut grali z Southend jak równy z równym, ba mieli nawet lekką przewagę. Niestety, goście mieli w swoich barwach napastnika o nazwisku Ryan Hall. Niski, niezbyt dobrze zbudowany, jednak dość dobry technicznie a przede wszystkim bardzo waleczny i zadziorny gracz. A przede wszystkim znienawidzony przez kibiców Wimbledonu. Kilka lat temu, gdy Wimbledon walczył o awans do 6 ligi, Ryan Hall był zawodnikiem rywala Wimbledonu - klubu Bromley. W końcówce sezonu Wimbledon grał z Bromley na wyjeździe i potrzebował zwycięstwa by zapewnić sobie awans na kilka kolejek przed końcem sezonu. Wszystko szło zgodnie z planem do 89 minuty gdy jeden z piłakrzy Wimbledonu leżał kontuzjowany a Ryan Hall postanowił to wykorzystać by zdobyć gola i odłożyć awans Wimbledonu w czasie. Wimbledon i tak awansował do 6 ligi w tamtym sezonie jednak pamięć o niesportowym golu pozostała i wczoraj Hallowi dostawało się przez cały mecz od oszustów, kryminalistów (faktycznie Hall ma wyrok w zawieszeniu za bójkę w klubie nocnym), kutasów, itd. Na co Hall oczywiście odpowiedział zdobyciem gola na 1:1. Sama bramka, jak i trzy pozostałe, w zasadzie obnażyła największą bolączkę The Dons w tym sezonie - słabo zorganizowaną obroną. Z prawej strony boiska goście uderzali rzut wolny, bramkarz Brown wypiąstkował piłkę do góry, ta spadła na głowę niekrytego Halla a ten umieścił ją w siatce bez żadnych kłopotów.
Nie był to koniec problemów trenera Browna i jego zespołu, gdyż w 45 minucie za wślizg od tyłu z boiska został wyrzucony napastnik Wimbledonu Christian Jolley. Gra w 10 przeciw jednemu z najlepszych zespołów ligi mogła oznaczać jedną z dwóch rzeczy: wysoką porażkę lub ofiarną obronę było nie było korzystnego remisu z pierwszej połowy.
Trener Brown dokonał co prawda zmiany w przerwie, wprowadzając dodatkowego obrońcę Chrisa Busha za napastnika Luke'a Moore'a jednak przy bardzo silnej, solidnej i mającej na celu tylko zwycięstwo drużynie gości okazało się to niewystarczająco. Druga połowa upłynęła pod znakiem totalmej dominacji gości. Drugą bramkę dla nich zdobył obrońca i kapitan Wimbledonu Jamie Stuart sampobójczym trafieniem a pozostałe dwa gole również wynikały z błędów obrony, jednak za porażkę nie mozna winić jednej formacji czy jednego zawodnika a zawsze cały zespół. Winny był Christian Jolley, który za swoje bezmyślne zagranie osłabił zespół, winni byli pomocnicy, którzy nie wspierali wystarczająco ani obrońców, ani napastników, winny był bramkarz Brown, który źle piąstkował piłkę przy pierwszym golu gości. Jedyny który z wczorajszego meczu wyszedł z twarzą to napastnik Jack Midson, nie tylko za zdobytego gola ale za ogólną walkę o każdą piłkę, gdy inni zdawali się już pogodzić z porażką. No i kibice, których spora część została po końcowym gwizdku by mimo bardzo złych rezultatów, podziękować piłkarzom za grę.
Dziś jest otwarcie styczniowego okienka transferowego i trener Brown zapowiedział że będzie szukał wzmocnień. Na pewno dojdzie przynajmniej jeden obrońca i napastnik. Ponieważ budżet klubu nie jest bez dna, wzmocnienia będą prawdopodobnie oznaczać stopniowe pozbywanie się tych zawodników którzy nie spełniają oczekiwań. Nie mi oceniać którzy to piłkarze ale najbliższe tygodnie na Kingsmeadow na pewno będą ciekawe. Jutro Wimbledon gra na wyjeździe ze Swindon a trener Brown już zapowiedział spore roszady w składzie i danie szansy tym zawodnikom którzy dotychczas grali mało. Wydaje się, że przy ostatnich rezultatach i tak nie ma nic do stracenia a trochę świeżości drużynie może się przydać. W następną sobotę gra Puchar Anglii z którego Wimbledon już odpadł tak więc ekipa Wimbledonu będzie miała blisko dwa tygodnie na zaprowadzenie wewnętrznego rozrachunku i znalezienie odpowiedzi na pytanie: Co zrobić by liczba 8 punktów dzieląca nas od strefy spadkowej nie została zmniejszona.
Jednoosobowa redakcja bloga pragnie złożyć wszystkim polskim sympatykom Wimbledonu oraz pozostałym czytelnikom bloga Wesołych Świąt Bożego Narodzenia. A w atmosferę świąteczną niech nas wprowadzą kibice występującego w 2 Bundeslidze Unionu Berlin:
Wimbledon przegrał wczoraj mecz wyjazdowy z Rotherham 1:0 po bramce strzelonej w 78 minucie i liczba meczy bez zwycięstwa wzrosła już do 9. Sytuację najlepiej podsumował jeden z kibiców na nieoficjalnym forum kibiców pisząc:
"Muszę przyznać, że gdy wygraliśmy z Morecambe na wyjeździe do głowy by mi nie przyszło że teraz czeka nas 6 porażek i 3 remisy..."
Nic dodać, nic ująć. No może tylko że trzy najbliższe mecze to Oxford, Southend i Swindon - wszystkie zespoły z realnymi szansami na awans lub baraże i o przełamanie niefortunnej passy będzie BARDZO ciężko. Ciekawe, czy drugiego stycznia moja relacja po meczu ze Swindon (na który planuję jechać) będzie zatytułowana "Dwanaście..."?
Wracając do meczu z Rotherham to podobno paradoksalnie to... Wimbledon był stroną lepszą a porażka nie odzwierciedlała przebiegu gry. Oddajmy głos trenerowi Brownowi:
"Zwycięstwo dziś było bardzo ważne ze względu na morale zespołu oraz punkty w tabeli. Zagraliśmy naprawdę dobrze. Mamy tragiczną sytuację, jest to trudny teren przeciw ciężkemu rywalowi i naprawdę uważam, że zagraliśmy dobrze. Mieliśmy pięć bardzo dobrych sytuacji i nie wiem jak mogliśmy ich nie wykorzystać. Graliśmy ładnie, cierpliwie i stwarzaliśmy okazje."
"Rywale wykorzystali swoją sytuację i wygrali mecz. Ja muszę skupić się na pozytywach czyli na tym, że dobrze broniliśmy i stwarzaliśmu sytuację. Nasi kibice byli dziś fantastyczni, śpiewali przez całe 90 minut i zarówno oni jak i moi piłkarze nie zasłużyli na to by wracać dziś do domu bez punktów."
Trwa fatalna passa ligowa graczy Wimbledonu. W zeszłą sobotę polegli u siebie 0:2 Accrington Stanley a dla gości było to pierwsze zwycięstwo wyjazdowe w tym sezonie. Kibice znowu żartują sobie, że stadion Wimbledonu Kingsmeadow to lunapark, z którego wszyscy goście wyjeżdżają szczęśliwi i zadowoleni. Był to ósmy mecz w lidze bez zwycięstwa - ostatni raz zespół Wimbledonu wygrał 8 października 2:1 a wyjeździe z Morcambe.
Po meczu z Accrington poirytowania nie ukrywał trener Terry Brown, który powiedział:
"Jest to nasza najgorsza seria odkąd pracuję w klubie. Zawodnicy naprawdę pracują ciężko, rozpoczęliśmy sezon świetnie a teraz złapaliśmy zadyszkę. Rywale to prawdziwi profesjonaliści, obserwowali nas w zeszłym tygodniu, znali i wykorzystali nasze słabości w obronie i było po meczu. Moi zawodnicy po szybko wpuszczonej bramce tracą wiarę w siebie. Łatwo powiedzieć, że należy pokazać charakter i nasi zawodnicy czasami próbują ale przy wpuszcznych dwóch - trzech golach by wygrać należy strzelić cztery. Ostatnio tracimy za dużo goli w początkowej fazie gry i jest to coś co musimy zdecydowanie poprawić. Musimy zacząć grać na zero z tyłu. Mamy dobry zespół, nie ma co panikować i zmieniać linii pomocy czy ataku, musimy skupić się na tym by obrońcy nie wpuszczali tyle goli."
"Chcę przy tej okazji podziękować naszym kibicom - mamy chyba nainteligentniejszych kibiców w kraju. Zdają sobię sprawę, że ta mloda grupa chłopaków osiągnęła już sporo, dają im czas i są cierpliwi. Z drugiej strony zdają sobie też sprawę, że jeśli będziemy co tydzień grać tak jak dziś to skończymy sezon w strefie spadkowej. To nie jest dobry czas by kibice krytykowali piłkarzy i dziękuję im za cierpliwość. My musimy polepszyć grę, nie pamiętam kiedy ostatnio prowadziliśmy w meczu. To ja jestem odpowiedziany za gręi wyniki i zrobię wszystko by wkrótce znowu zacząć zbierać punkty."
Jutro gracze Wimbledonu spróbują powalczyć o trzy punkty w meczu wyjazdowym przeciw Rotherham, ale nie będzie to łatwe zadanie. Rywale znajdują się na 11 pozycji w tabeli. W zespole Żółto-Niebieskich niedostępni będą Sammy Moore, który pauzuje za kartki, oraz Kieran Djillali i Christian Jolley z powodu urazów. Każdy punkt wywieziony z Sheffield, gdzie swoje mecze rozgrywa Rotherham, będzie należało uznać za sukces.
16 marca 1872 roku na boisku do krykieta Kennington Oval na południowym brzegu Tamizy odbył się pierwszy w historii finał Pucharu Anglii pomiędzy nieistniejącymi dziś zespołami Royal Engineers i Wanderers. Świadkiem tego wydarzenia było zaledwie 2000 kibiców, ale warto pamiętać, że futbol nie był wtedy tak popularny jak krykiet czy wioślarstwo. Sportowe strony gazet w tamten weekend wypełnione były corocznym wyścigiem pomiędzy Uniwersytatmi Oxford i Cambridge a o finale Pucharu znaleźć można były tylko krótkie wzmianki w niektórych tytułach.
W wiktoriańskim społeczeństwie brytyjskim podział na klasy był bardzo ważny i oba zespoły reprezentowały klasę wyższą. Zespół Wanderers stanowił reprezentację najlepszych zawodników z elitarnych szkół publicznych a drużyna rywali, Royal Engineers, złożona była ze studentów Szkoły Inżynierii Wojskowej z podlondyńskiej miejscowości Chatham. Oczywiście z klasy wyższej wywodzili się też kibice oglądający to historyczne wydarzenie, a poza pochodzeniem obu finalistów, dodatkowym czynnikiem odpychającym klasę robotniczą była cena jednego szylinga za bilet. By zobaczyć akcję boiskową trzeba było stawać na palcach w celu pokonania szeregu meloników noszonych przez ówczesnych kibiców.
Znacznie inaczej niż dziś wyglądało też boisko i zawodnicy. Przede wszystkim, zamiast znanej nam twardej poprzeczki wisiała wstęga zawieszona między dwoma słupkami a na boisku nie było żadnych linii. Gracze poubierani byli w spodnie sięgające za kolana i czapki. Sama gra była o wiele bardziej agresywna niż dziś a bramkarze, mimo że przepisy im na to pozwalały, rzadko chwytali piłkę w ręcę w obawie przed tym, że któryś z rywali postanowi zdobyć gola wpychając piłkę do bramki razem z golkiperem. Podobno jeden z zawodników Royal Engineers, pułkownik E. C. Creswell rozegrał 80 minut tego meczu ze złamanym obojczykiem.
Inne były też wówczas przepisy - sędziowie (było dwóch sędziów boiskowych i jeden główny wkraczający tylko wtedy gdy tych dwóch nie mogło dojść do porozumienia) nie interweniowali dopóki gracze drużyny poszkodowanej sami nie zgłosili złamania przepisów (ciekawe czy to stąd się wziął dzisiejszy zwyczaj okrążania rozjemcy przez piłkarzy nie zgadzających się z jego decyzją), auty wyrzucane były jedną ręką pod katem prostym, gracze zmieniali strony na które atakują po zdobytej bramce. Żeby uniknąć spalonego trzeba było mieć przed sobą trzech piłkarzy drużyny przeciwnej.
Inne były też ustawienia - Wanderers grali z jednym obrońcą, jednym pomocnikiem o ośmioma napastnikami a Royal Engineers ustawili bardziej defensywną formację 2-1-7. Kapitanem Wanderers był ówczesny sekretarz utworzonego 9 lat wcześniej Angielskiego Związku Piłkarskiego oraz jeden z pomysłodawców Pucharu Anglii, Charlie Alcock. Faworytem meczu był zespół Royal Engineers, niepokonany od dwóch lat, jednak po piętnastu minutach gry to Wanderers strzelili pierwszą bramkę której autorem był Morton Betts. Wkrótce potem sam Alcock zdobył gola, jednak sędziowie nie uznali go z powodu zagrania ręką. Tamtego dnia to Wanderers byli lepsi - trafili w słupek a kilkukrotnie ratował ich wspaniałymi interwencjami bramkarz. Faworyzowani rywale oddali tylko jeden strzał na bramkę i po upływie regulaminowych 90 minut pierwszy w historii finał Pucharu Anglii zakończył się jednobramkowym zwycięstwem Wanderers.
Prezentacja wręczenia Pucharu odbyła się 4 tygodnie później w ekskluzywnej restauracji w centrum angielskiej stolicy a zwycięzcy uhonorowani zostali jeszcze srebrne odznaki pamiątkowe oraz złote medale o wartości dwóch funtów i 10 szylingów.
Dziś można powiedzieć, że pierwszy ogólnoangielski turniej piłkarski był tylko malutkim, ale jednak ważnym, krokiem w kierunku popularyzacji tego sportu. Następnym celem jaki postawili sobie włodarze Związku Piłkarskiego było jednak zainteresowanie futbolem klasy robotniczej.
Tekst powstał na podstawie książki "Beastly Fury: The Strange Birth of British Football".
Miesiąc. Tyle dokładnie mija dziś odkąd ostatnio pisałem na blogu, nie licząc oczywiście wpisu stworzonego przez Pekę a przeze mnie tylko dodanego. W tym czasie gracze Wimbledonu rozegrali 8 oficjalnych meczu - 3 wygrane, 2 zremisowane, 3 przegrane (w tym jeden po karnych czyli formalnie remis) - zdążyli spaść na trzynaste miejsce w lidze, awansować i odpaść z Pucharu Anglii, odpaść z Johnstone Paint Trophy oraz awansować do ćwierćfinałów London Senior Cup i Surrey Senior Cup. A ja nie widziałem żadnego z tych meczy.
Mógłbym moją małą aktywność na blogu tłumaczyć brakiem czasu - praca, rodzina, pierwsze urodziny mojego syna oraz jego wzmożona aktywność i rozwój wymagające coraz więcej uwagi i poświęcenia - z tym, że nie do końca była by to prawda. Czas na napisanie paru zdań znalazłby się w weekendy wieczorami czy nawet w ciągu tygodnia jak w chwili gdy piszę te słowa. Prawda jednak jest taka, że gdy już wieczorem w piątek lub sobotę siadam do komputera, poczytam sobie o meczu Wimbledonu którego nie widziałem, to pisać mi się już zwyczajnie nie chce...
Nie wiem czy to chwilowa blokada twórcza, czy jakiś dziwny rodzaj chandry jesienno-zimowej czy po prostu utrata pasji do pisania. Fakt, że jednak myślę o pisaniu, mnóstwo potencjalnych tekstów powstaje w głowie wskazywałby jednak na pierwsze rozwiązanie i gwarantuję czytelnikom że nadal chcę prowadzić tego bloga, informować o tym co się dzieje w obozie Wimbledonu i niższych ligach angielskich - z tym, że póki co nie mogę zagwarantować częstotliwości wpisów.
No dobrze, nikt nie wchodzi na moją stronę by czytać o moich rozważaniach egzystencjonanych, więc do rzeczy - ostatni raz pisałem o meczu z Barnet a potem:
Wtorek 8 listopada, Johnstone Paint Trophy
Swindon - Wimbledon 1-1 k.3-1
Wimbledon odpada na wyjeździe ze Swindon Town po rzutach karnych. Po 90 minutach wynik spotkania był 1-1, Wimbledon wyrównał w 82 minucie dzięki bramce Rashida Yussufa. Jako, że regulamin pucharu nie przewiduje dogrywki, gospodarze wygrali karne 3-1 i to oni dziś grają przeciw Southend w ćwierćfinale rozgrywek.
Sobota 12 listopada, FA Cup
Wimbledon - Scunthorpe 0-0
Gracze Wimbledonu remisują z rywalem występującym ligę wyżej co powoduje konieczność rozegrania rewanżu na wyjeździe. Według świadków mecz był dość wyrównany, obie drużyny skupiały się na obronie i chyba cel został spełniony.
Wtorek 16 listopada, Surrey Senior Cup
Tooting & Mitcham - Wimbledon 1-2
Wimbledon jako klub profesjonalny nie odciął się od swoich półamatorskich korzeni i mimo takiej możliwości nie wycofał się z udziału w lokalnych pucharach hrabstwa Surrey oraz Londynu. W półrezerwowym składzie pod wodzą Marcusa Gayle'a zawodnicy Żółto-Niebieskich zapewnili sobie awans do ćwierfinały rozgrywek.
Sobota 19 listopada, League Two
Wimbledon - Swindon Town 1-1
Na ten mecz miałem iść... ale na kilka dni przyszło zaproszenie od znajomych na drugie urodziny ich córeczki. Wimbledon po raz drugi w ciągu jedenastu dni mierzy się z podopiecznymi Paolo Di Canio i po raz drugi remisuje 1-1. Tym razem to jednak Żółto-Niebiescy obejmują prowadzenie w 6 minucie po golu Sama Hattona, jednak nie udaje się tego prowadzenia dowieźć do końca gdy w drugiej połowie goście wyrównują
Wtorek 22 listopada, FA Cup
Scunthorpe - Wimbledon 0-1
Najlepszy wynik osiągnięty przez Wimbledon w FA Cup po reformacji. Pierwsze zwycięstwo nad drużyną z wyższej ligi, w dodatku osiągnięte na wyjeździe w mroźny, wtorkowy wieczór. Los nagrodził Wimbledon meczem wyjazdowym z Bradford w kolejnej rundzie, z ktorym to klubem Żółto-Niebiescy wygrali już w tym sezonie w lidze.
Sobota 26 listopada, League Two
Burton Albion - Wimbledon 3-2
Po bardzo ciężkim meczu z zespołem aspirującym do awanu Wimbledon musiał uznać wyższość rywala. Wynik sugeruje, że choć punkt mógł być blisko, to już przebieg meczu jednoznacznie wskazywał wyższość gospodarzy - po pół godziny prowadzili 2:0, po godzinie 3-1 a drugiego gola dla Wimbledonu zdobył samobójczym strzałem zawodnik gospodarzy
Wtorek 29 listopada, London Senior Cup
Wingate & Finchley - Wimbledon 1-2
Kolejny "powrót do przeszłosci" i mecz przeciw półamatorskiemu klubowi z północno-zachodniego Londynu. Podopieczni Marcusa Gayle'a znakomicie poradzili sobie z rywalem i awansowali do ćwierćfinały tego prestiżowego (w 1891 roku zdobył go słynny dziś Arsenal) pucharu.
Sobota 3 grudnia, FA Cup
Bradford City - Wimbledon 3-1
Koniec przygody w Pucharze Anglii na wyjeździe w Bradford, gdzie niestety nie udało się powtórzyć korzystnego rezultatu z ligi. Gracze Wimbledonu mieli wyraźne problemy w defensywie i nie byli nawet blisko szczęścia. Los wynagrodził Bradford meczem wyjazdowym przeciw Watford w 3 rundzie pucharu.
Czasu na pisanie ostatnio mało- w weekend postaram się zrobić podsumowanie ostatnich wydarzeń w AFC Wimbledon a sytuację na blogu ratuje Peka podsyłając tekst o tym czy finansowo warto zespołom z niższych lig skupić się na rozgrywkach o FA Trophy.

Chciałbym przedstawić bardzo ciekawą rzecz związaną z Pucharem FA Trophy. Mianowicie chodzi o zyski pieniężne jakie można otrzymać za udział w tym pucharze. Ale najpierw może zacznijmy od historii tego pucharu. Rozgrywki te zostały utworzone w 1969 roku. W pucharze tym biorą udział kluby półzawodowe, które grają w ligach od 5 do 8 szczebla rozgrywkowego w Anglii. Jest ich blisko 265 licząc od pierwszych rund kwalifikacyjnych. Finał tego pucharu rozgrywany jest zawsze na odpowiednim stadionie. Wembley robi wrażenie na drużynach półzawodowych przyjeżdżających na finał pucharu do Londynu. Głównym sponsorem jest firma Carlsberg!
I właśnie to zainspirowało mnie do analizy ile ta firma wraz z innymi wkłada pieniędzy w taki puchar klubów półzawodowych. Obliczę ilośc pieniędzy jakie mogą zarobić kluby biorące udział w tym pucharze. Oto tabela zarobków:

Poniżej przedstawiam dokładną analizę ile sponsorzy muszą włożyć pieniędzy w ten puchar zliczając wszystkie rundy. Podsumowując:

W pucharze tym bierze udział ok 265 zespołów z 12 lig. Rozgrywanych jest 10 rund w których jest rozegrane ponad 264 mecze nie licząc spotkań rewanżowych. Rozgrywki trwają od 7 października do 7 maja. Sponsor wydaje ok 981,4 tys funtów, w przybliżeniu ok 1 mln funtów. Klub wygrywający puchar zarabia ok 92 tys funtów. Obliczyłem to w następujący sposób: Triumfator przeważnie jest z BSQ Premier a więc zaczyna drogę od 1 Rundy. Wygrywając wszystkie mecze zdobywa: 5tys(1R)+6tys(2R)+7tys(3R)+8tys(4R)+16tys(półfinał)+ 50tys(wygrana)=92 tys funtów.
Jest to mały puchar w porównaniu do FA CUP. Jednak gra w nim to jest prestiż. Można zyskać sporo doświadczenia grająć z lepszymi klubami od siebie. Mowa tutaj o zespołąch z lig od 8 do 6, które się spotykają z klubami z doświadczeniem z lig Blue Square. I to co w Anglii lubią najbardziej. Rywalizacja regionów. Losowanie kolejnych rund dostarcza anglikom wiele emocji. I dzięki tym czynnikom rywalizacja klubów w tym małym pucharze ma swój charakter, który zespoły przenoszą potem na historyczny Puchar FA CUP!